Niemal 30 lat kierował naszym Krajowym Klubem Reportażu. W ostatnich latach kilkakrotnie chciał zrzec się przywództwa (bo pracy za dużo, zdrowie już nie takie, bo sił coraz mniej). Przekupywaliśmy go: a to wręczyliśmy wielki portret Marka w koronie, z berłem i w gronostajach, a to założyliśmy koszulki z napisem - "Prezes - Marek Santo subito" i "Wodzu prowadź!". I odtańczyliśmy w nich taniec dla Niego. Marek machał ręką, marszczył krzaczaste brwi, ale oczy mu iskrzyły. Kochaliśmy Go.

Czytaj więcej...

Marek nie żyje. Od pewnego czasu myślałam o tym, że należałoby uhonorować jego niestrudzone prezesowanie w Klubie Reportażu. Znając go tyle lat (bodaj od 1970 roku) przewidywałam, że będzie się opierał, nawet zaczęłam go lekko sondować, ale ponieważ słabo reagował, odłożyłam sprawę na po wakacjach..

Czytaj więcej...


Kiedy odchodzi osoba bliska, Przyjaciel, zawsze pod nosem powtarzam te słowa Johna Donne'a, że żaden człowiek nie jest samoistną wyspą... Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie! I ten dzwon zabił we mnie gdy dowiedziałem się, że już Ciebie nie ma. że oto kawałek i mnie gdzieś umarł i pozostanie po nim, jak i po Tobie ogromna pustka.

Czytaj więcej...

Marek należał do tego ginącego gatunku reporterów, których świat jednocześnie obchodzi i dotyczy. Sprawy, które uważał za ważne, traktował ze śmiertelną powagą – czy chodziło o wolność słowa, czy o losy krowy, która uciekła z rzeźni; deontologię zawodu dziennikarza, czy przystań dla starych koni; czy wreszcie o naszą niepoważną zgoła reporterską bandę.

Czytaj więcej...