Roman był człowiekiem odważnym, żeby nie powiedzieć zuchwałym. Większość jego wypraw niosła ze sobą niebezpieczeństwo. Zimowe podróże po bezdrożach Syberii, spływ pontonem Leną od źródeł do ujścia (4400 km), samotny rejs łodzią wiosłową, próba pokonania Pacyfiku, potem udana wyprawa przez Atlantyk, lot zabytkowym samolotem z Warszawy do Tokio… Żeby zaliczyć wszystkie takie „eventy”, potrzeba odwagi, inteligencji, wytrwałości. No i odrobiny szczęścia. Więcej nawet niż odrobiny.

A wcześniej – wielomiesięcznego przygotowywania: sprzętu, pieniędzy, uzgodnień, zezwoleń.
Koperski kochał przygody i dalekie kraje, ale chyba jeszcze bardziej ludzi, których tam spotykał. Wielokrotnie wracał na Syberię, gdzie miał wielu przyjaciół. Pasjonował się historią ludów syberyjskich, ich kulturą i zwyczajami, m.in. Jakutami i Nieńcami. Wymagało to otwartości i chęci, a nawet obowiązku próbowania np. lokalnych, dość egzotycznych potraw. Roman tropił tam również polskie ślady, spotykał potomków zesłańców i osadników. Wtedy dawały o sobie znać reporterskie pasje Romana, który swoje podróże dokumentował fotograficznie, nagrywał filmy, publikował artykuły w prasie. I jeszcze potrafił interesująco opowiadać. Był często zapraszany do bibliotek i szkół jako „ciekawy człowiek”.

Na Syberii wielokrotnie odwiedzał polską wieś Wierszynę, zawsze zjawiał się tu z bagażnikiem pełnym prezentów, przywoził a to książki, a to... okulary.  Na Pomorzu zorganizował akcję zbierania okularów, które dostarczał mieszkańcom zagubionych w tajgach i górach wsiach. Jedną z głównych bolączek starszych mieszkańców Syberii jest utrudniony dostęp do lekarzy okulistów i trudności z nabyciem tego niezbędnego im do funkcjonowania przedmiotu.
Miałem okazję poznać Romana bliżej jako organizatora jednej z wypraw syberyjskich. Parę lat temu znalazłem się w grupie dziennikarzy z Krajowego Klubu Reportażu, która z Koperskim przemierzyła samochodem Rosję od brzegów Bajkału do Gdańska. Prawie 8 tys. km. Podróż tyleż egzotyczna, co męcząca. Roman czekał na nas w Irkucku z samochodem terenowym, a właściwie z ciężarowym manem, na którym nadbudowano funkcjonalną część pasażerską. Wracał na pusto z wyprawy po Mongolii, więc towarzyszyliśmy mu przez resztę trasy.

My łykaliśmy Syberię wielkimi haustami, potrzebowaliśmy jego umiejętności i wiedzy o tej rozległej krainie. Podróż, a właściwie rajd terenowy po 800-1000 km na dobę (za kierownicą oczywiście Koperski), okraszana była wizytami w buriackich wioskach, zapomnianych od Boga i ludzi osadach, spływem po Lenie. Noclegi w namiotach, ognisko, kipiatok (i coś mocniejszego)... I zapach Syberii, i opowieści Romka…

Romek był też artystą. Kochał muzykę, ukończył Akademię Muzyczną w Gdańsku w klasie fortepianu. Przez wiele lat grał zawodowo na Wybrzeżu i na Zachodzie w restauracjach i cyrkach. Ustanowił rekord Guinnessa w wykonaniu najdłuższego koncertu fortepianowego. W 2010 r. przez 103 godziny i 8 sekund grał na fortepianie w gdańskim Centrum Handlowym Alfa, a publiczność jego zmagania, z instrumentem i sobą, mogła obserwować na żywo.

Takim człowiekiem był Romek. Żył pełną piersią, zostawił po sobie wyraźny ślad, odszedł nagle… Dziękuję, że mogłem Cię poznać.

Ryszard Marut