To zaczęło się niemal 30 lat temu. Nasz Klub udał się na sesję wyjazdową do województwa lubelskiego. W Chełmie powitał nas kolorowy ptak. Spodnie dzwony w odcieniu różu, skórzana ramoneska czerwono-niebieska, blond kędziory i roześmiane jasne oczy. -

- Pióro – przedstawił się, czym wywołał śmiech, bo to zabawna ksywka dla dziennikarza. 
- Pracuję dla Tygodnika Chełmskiego. Fotografuję martwą naturę. Gdy go dociskaliśmy, wyjaśnił: 
- No…. ofiary wypadków drogowych. Kupił nas! Od tego momentu został z naszym Klubem na zawsze.

Spotykaliśmy się kilka razy w roku. Włóczyliśmy się po Polsce. Zaglądaliśmy do jaskiń, kamieniołomów, tuneli, kopalni, wizytowaliśmy huty szkła i zakłady mleczarskie, podziwialiśmy oczyszczalnie ścieków, wielkie tamy, zamki i jeszcze starsze warownie. (A Adaś zabrał Klub na Ukrainę, gdzie nawet udzieliliśmy wywiadu radiowego).

Przegadaliśmy razem setki godzin, wypiliśmy morze wódki, śmialiśmy się do łez. Godzinami uczył mnie zginać końcówki palców pod kątem prostym, ale tylko on to potrafił.  Adam był błyskotliwy, skory do szaleństwa i do każdego żartu. Świetnie opowiadał dowcipy. Wybuchał fajerwerkami pomysłów. Z nim zawsze było ciekawie i wesoło.

Kiedyś wybraliśmy się na  wyprawę po Syberii. Adam rozpalał ogniska i obsługiwał barek w samochodzie. Już o szóstej rano, gdy zwinęliśmy namioty i ,na wpół śpiący, ruszaliśmy w dalszą drogę, witał nas okrzykiem ; „bar open!!!” i podawał obiegowego drinka w butelce ze smoczkiem (bo strasznie trzęsło na bezdrożach).

Ratował też życie... Na rzece Lenie wywrócił się kajak. Naszego kolegę i koleżankę prąd zniósł na przęsła mostu. Adam położył się na moście i za  pomocą paska od spodni, wyciągał ich z toni. Z tego wszystkiego utopił mu się ten pasek. - A był od Pierre'a Cardina – westchnął Adam. - To mój wkład w zbliżenie Rosji z Zachodem. I to była kwintesencja Adama – sprawność i pomoc, a do tego dowcip i zawadiackość.

Powiedzieć, że był niebanalny, to nic nie powiedzieć. Potrafił chyba wszystko. Konkurs strzelecki – zawsze  w środek tarczy, z kilometra, jak snajper. Konkurs na gotowanie – wygraliśmy potrawą „zrobić dobrze Jagnie” (właśnie tak pisane, kto się kapnął, ten nam kibicował). Konkurs na autoportret – Adam namalował jak sam da Vinci. Zagrał nam też na starych organach w Katedrze w Pelplinie, a nawet…wyspowiadał mnie w konfesjonale.

Adam miał wiele pomysłów na życie: uczył nurkowania, zakładał fundacje, wydawał darmowe gazety, tworzył lokalną telewizję, budował domy spokojnej starości…. Za wiele było tych pomysłów. I za wielu ludzi, którym zawierzył za bardzo! Bywało, że go oszukiwali, zawodzili. Wpadał w tarapaty, przeżywał ciężkie chwile. Ale zawsze mi mówił, że zło minie, a on ze wszystkiego wybrnie. Dlatego też tak myślałam tym razem, gdy nagle, niespodziewanie zasłabł. To było odklejenie aorty. Olbrzymie, na całej długości. Dwa miesiące operacji, śpiączki i wybudzania. Byłam pewna, że wyjdzie z tego, jak ze wszystkich tarapatów.  Ale zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz, gdy się nie uda. Pierwszy i ostatni raz.  

Wierzę, że się z Adamem spotkam. Czy tam, gdzieś, czy tu na ziemi, bo oboje wierzyliśmy w reinkarnację. Spotkam go, bo był moim przyjacielem.

Ewa Japał-Pac

 

  • DSC00283DSC00283
  • DSC00364DSC00364
  • Krynica 2006Krynica 2006
  • Stare ŻukowiceStare Żukowice
  • Stare ŻukowoceStare Żukowoce
  • Toruń5Toruń5